wtorek, 9 września 2014

Historie Rodzinne

 Z biegiem czasu pamięć o ludziach żyjących w dawnych czasach zaciera się, zwłaszcza jeśli są to ludzie nam obcy. Zdecydowanie lepiej ma się pamięć o osobach, które były bezpośrednio związane z nami, a więc członkowie rodziny i ich życiowe perypetie. Mogłoby się wydawać, że są to historie nieuchwytne, przekazywane jedynie z ust do ust, opowiadane przy rodzinnym stole w formie anegdot lub wspominek. A jednak udało mi się uchwycić kilka historii rodzinnych, które mają swoje potwierdzenie w faktach.

O tym jak o mało się nie "nie-narodziłam"

          Prababcia moja, urodzona jeszcze w czasach zaborów, bo w roku 1913, była bardzo pracowitą kobietą. Dożyła lat 86, zmarłszy gdy ja miałam zaledwie 6 lat. Zapamiętałam ją jednak swoją dziecięcą pamięcią i do dziś wspominam jako dobrotliwą, nigdy nie podnoszącą głosu ciepłą kobietę, bardzo silną. Nie lubiła opowiadać o swoim dzieciństwie ani o młodości, co wydaje się być zrozumiałe ze względu na przeżycie obu wojen.
           Babcia moja mieszkała razem z mężem i rodziną w Pionkach, które w latach 30. XX wieku należały do województwa kieleckiego, a obecnie jest to teren województwa mazowieckiego. W miejscowości tej znajdowała się Państwowa Wytwórnia Prochów i Materiałów Kruszących(której budowa rozpoczęła się w 1923 roku), gdzie pracowała doskonała większość mieszkańców wsi, a w tym i Babcia. Będąc dokładną nadmienię, że pracowała w sortowni prochu bezdymnego, gdzie oprócz niej pracowało około 20 innych kobiet, a nad wszystkim czuwał brygadzista.
2 marca 1937 roku* był zwykłym dniem. Nie wiem niestety jaka była pogoda, ale wiem, że tego dnia Babcia czuła się źle. Będąc jednak kobietą niezłomną i niezdolną do opuszczenia dnia pracy, stawiła się jak zawsze na zmianę do sortowni. Choroba jednak zmuszała ją od czasu do czasu do opuszczania stanowiska pracy, by udać się do ustępu, a jak wiadomo w tamtych czasach miejsca sanitarne były elementami wolnostojącymi, nie zespolonymi z budynkami. Traf chciał, że podczas jednej z takich jej nieobecności doszło do wypadku. Mianowicie jedna z pracownic wyłożywszy na stół pojemnik z prochem wywołała niechcący tarcie, w wyniku którego doszło do dużego wybuchu. Z pożaru uratowało się kilka kobiet, których akurat nie było w sortowni oraz brygadzista, ciśnięty falą wybuchu przez okno. Była to największa katastrofa w historii PWPiMK, która pochłonęła 19 ofiar.
        Babcia opowiadała o kobiecie, która pozostała przytomna, mimo że miała całkowicie rozerwane ciało, nie będąc tego świadomą i wyciągała do niej w przerażeniu ręce, pytając osmolonymi ustami co się stało. Makabryczne obrazy jakie nasuwają się na myśl są tak przerażające, że nie będę się zgłębiać w inne opisy.
Na miejscu wypadku bardzo szybko znalazły się władze i Babcia razem z innymi ocalałymi kobietami została przewieziona na przesłuchanie. Trwało ono cały dzień.
W tym czasie wieść o wypadku rozeszła się po całej okolicy, docierając do mojego Pradziadka i wszystkich domowników. Przerażony i pełen najgorszych myśli pobiegł do wytwórni by dowiedzieć się czy jego żona jest jedną z ofiar. Na miejscu powiedziano mu, że istotnie Genowefa Dąbrowska poniosła śmierć w wybuchu. Zrozpaczony Dziadek wrócił do domu i przekazał smutną wiadomość rodzinie. Przygotowano zatem świece i w myśl tradycji zaczęto wspominać Babcię. Wśród grobowej atmosfery, jaka panowała cały dzień w domu rozległ się nagle pod wieczór dźwięk otwieranych drzwi, przez które do izby weszła Babcia Gienia.
Tak się złożyło, że to imię i nazwisko było wtedy wyjątkowo popularne i Dziadek został poinformowany o śmierci innej pani, podczas gdy jego żona była na przesłuchaniu. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie jaką ulgę musiał poczuć Dziadek, a na pewno było to coś wielkiego.
         Tak niewiele brakowało, bym nigdy się nie narodziła, zważywszy na to, że Prababcia urodziła moją babcię prawie 10 lat później. Tego typu wypadek na całe szczęście nie powtórzył się więcej w Pionkach, jednak w 2 lata po tych wydarzeniach wybuchła II Wojna Światowa i dramatyczne przeżycia znów zagościły w życiu państwa Dąbrowskich. Jednak to już zupełnie inna historia.

środa, 21 maja 2014

Przewrotność

Człowiek nie zna swojego losu. Ostatnio często się wzruszam, czytając książkę, oglądając teledysk, czytając artykuł, oglądając film. Niewykluczone, że jest to spowodowane moim stanem psychicznym, ale może to tylko bycie kobietą. Nie wiem.
Do rzeczy.
Dzisiaj podczas rozmowy telefonicznej na temat Top Gear'a padł temat Czarnobyla. Od razu przypomniał mi się artykuł o Prypeci, który czytałam miesiące temu.
Prypeć to miasto założone w lipcu 1970 jako osiedle dla robotników pracujących w Czarnobylu. Dzisiaj znane jest jako miasto-widmo ze względu na to, że jest całkowicie opuszczone. 50 tysięcy istnień, 16 lat po założeniu osiedla, w ciągu zaledwie paru godzin musiało opuścić domy i mieszkania, do których zdążyli się zapewne przyzwyczaić, gdzie mieli swoje miejsca, a wszystko za sprawą wybuchu reaktora.
Z ciekawości włączyłam wikipedię i odnalazłam hasło Prypeć. Gdzieś u dołu artykułu zamieszczone jest nawiązanie do polskiej grupy hip-hopowej, która nakręciła teledysk właśnie w Prypeci.
Ze łzami w oczach obserwowałam opuszczone place zabaw, zrujnowane budynki, przegniłe meble, resztki sprzętów domowych czy zdewastowane pianino.
Poruszające również były detale w postaci masek gazowych, tzw. "słoników".
Podczas jednej ze scen teledysku uzmysłowiłam sobie, że lata temu ludzie normalnie tam funkcjonowali, jak ja teraz. Jedli, spali, chodzili do sklepu, mieli swoje łóżka, kłócili się, kochali. Wszystko, co i my mamy, ale im w jednej chwili zostało odebrane.
Dzisiaj moc promieniowania na terenie Prypeci jest mniejsza niż tła naturalnego np. w Paryżu, ale nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł tam teraz wrócić. Ja na przykład nie mogłabym mieszkać w mieszkaniu, z którego ktoś w cierpieniu i rozpaczy musiał uciekać. Jest to miejsce martwe, które już nigdy nie zostanie przywrócone do życia. Straszne.
Życie człowieka jest jak galaktyczny lot Ziemi między gwiezdnymi odpadkami. Człowiek lawiruje między tragediami, cudem ich unikając lub wręcz przeciwnie. Ale z drugiej strony Ziemia powstała prawdopodobnie w wyniku wielkiego wybuchu, więc pewne zderzenia mogą być całkiem niezłe w skutkach. Chociaż...

piątek, 25 kwietnia 2014

Zabetonowani czyli Love Me If You Dare

źródło: http://pro-beton.pl/o-nas.html
Hello, mam przerwę w zajęciach i ogromny francuski magnes w głowie, więc podzielę się tym w sieci. Jak zawsze. Czuję, że z tego bloga robi się moja myślodsiewnia, w której jest wszystko i nic. Miszmasz.

Jak wiadomo  (bo ciągle na to narzekam) nie mam zupełnie wolnego czasu, toteż święta u rodziny spędziłam z laptopem, kartkami, ołówkami i wszelakim złem związanym z projektowaniem.
Zresztą z powodu tego ciągłego deficytu czasu mam już uraz psychiczny, który powoduje, że na samą myśl o marnowaniu czasu dostaję mdłości. Dlatego też 2,5 godziny podróży do rodziny umiliłam sobie (zarówno w jedną, jak i drugą stronę) seansem filmowym, jako że i tak brałam komputer. W jedną stronę wybrałam film, który raczej pozostawił we mnie nutę zniesmaczenia poziomem, jaki sobą reprezentował, toteż jako autor tego bloga nie rzucę nawet widma jego tytułu.
W drugą zaś stronę postanowiłam obejrzeć coś z mojego ukochanego francuskiego kina. Pomna rekomendacji danej mi przez mojego ulubionego filmowca, włączyłam Miłość na Żądanie.
Trwa jedynie 1,5 godziny, a magia wciąga od początku do końca.
Tytuł francuski "Jeux d'enfants", oznacza 'Zabawa dzieci', angielski "Kochaj mnie jeśli się odważysz", zaś polski "Miłość na Żądanie".
Mogłoby się wydawać(jak i mi się wydawało przez pierwsze minuty filmu), że polski tytuł jak zwykle jest nietrafny, ale nie! Mimo, iż słowo 'żądanie' wywiera raczej negatywne skojarzenia, odwrotnie do 'miłości', to ich zestawienie sprawia, że należy się zastanowić, które z nich jest bardziej negatywne (czy też pozytywne?). Mam wrażenie, że miłość w tym filmie jest ciężka, przytłaczająca i skłania raczej do zastanowienia się czy chcielibyśmy coś takiego przeżyć, a z drugiej strony zmusza do natychmiastowego wykrzyknienia "kupuję!".
Chętnie opowiedziałabym wszystko co wiem na temat filmu, ale wtedy nie mogłabym nikogo zachęcić, bo kto kupuje przetrawiony tort? (Retoryka i porównanie subtelne jak zawsze).

To może coś, o czym na pewno mogę powiedzieć. Otóż akcja dzieje się w miejscu gdzie wszyscy mówią po francusku i to raczej wszystko, co mówi fabuła, bo tak naprawdę nie jest zupełnie ważne gdzie to się odgrywa. Liczą się tylko główni bohaterowie - Sophie i Julien - których przyjaźń ma aspekt absolutnie priorytetowy i zupełnie nic nie może jej zdominować.
Przyjemnym akcentem w filmie jest pochodzenie głównej bohaterki, gdyż Sophie Kowalski jest Polką i to mile łechce polskiego odbiorcę, zwłaszcza że jest to postać wyjątkowa.

Wielu z tych, którzy obejrzeli film, zarzuca mu chaos i bycie niezrozumiałym, przerysowanym, przesadzonym w ilości domysłów i metafor. Moim zdaniem takie jest życie - pełne chaosu. Każdy ma problemy, dylematy, musi podjąć trudne decyzje, a ze wszystkich tych elementów wyciąga się(lub nie) przesłania i nauki. Tak samo w tym filmie - zarówno z ogółu wydarzeń, jak i z każdego ważniejszego momentu płynie subtelna metafora, którą można wyciągnąć... lub nie (jak w życiu!).

Francuzi i tym razem nie zawiedli mnie w moich oczekiwaniach. Film tłucze się po mojej głowie i co chwilę uświadamia mi, że być może trzeba iść najkrótszą drogą, żeby nie popełnić zbyt wielu błędów, które mogą być brzemienne w skutkach. Z filmu wyciągnęłam dość syntetyczne podsumowanie, ale chyba trafne. Mianowicie w życiu trzeba robić to, czego się jest absolutnie pewnym, bo w końcu i tak do tego dojdziemy, pchani wewnętrzną siłą, która przy zbyt długiej drodze ma skutki uboczne w postaci błędów, których potem się żałuje. Więc zamiast wydłużać drogę - skracajmy, bo tragedie w życiu są jak najbardziej odradzane.
Miłego dnia!

wtorek, 15 kwietnia 2014

W duchu siła

Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, czym się zająć. Za dużo złego widzę i doświadczam, więc szkoda jeszcze o tym pisać dodatkowo. Stąd zastój i całkowity brak wpisów.
A tu dzisiaj natknęłam się na filmik z brytyjskiego "Mam Talent". Krótkie 6-minutowe nagranie, z czego jedynie 3 minuty to występ. Bohaterką filmiku była, kończąca w tym roku 80 lat, Paddy wraz ze swoim partnerem Nico. Partnerem... tanecznym!
Kobieta weszła w stroju stricte tanecznym, z frędzelkami, błyskotkami, w tanecznych butach na obcasie, z berecikiem na głowie, co w połączeniu z jej dojrzałą twarzą i siwymi krótkimi loczkami stanowiło komiczny kontrast. Stała dumna, wyprostowana, odpowiadała na złośliwe pytania jury z godnością, cierpliwie zniosła śmiechy publiczności. Z lekceważeniem poproszono ją by zaczęła swój występ.
Po pierwszych taktach wyjątkowo nieporywającej muzyki i nie do końca ciekawych kroków muzyka zmieniła się na żywiołową, a Paddy... Cóż, ona nagle zaczęła kręcić piruety, wykonywać tak karkołomne tricki i figury, że niejedna tancerka mogłaby jej co najwyżej pozazdrościć. Przyprawiała mnie cały czas o dreszcze niepokoju i gargantuicznego niedowierzania.
Sama chodziłam do klasy taneczno-akrobatycznej dawno dawno temu i wiem jak trudne są niektóre figury, ile potrzebują ćwiczeń i zaangażowania oraz jak często kończą się bolesnymi nadwyrężeniami i urazami.
Ta kobieta ma w sobie tyle życia i energii, że spokojnie mogłaby żyć kolejnych 80 lat i nie sądzę by w jakikolwiek sposób wpłynęło to na jej samopoczucie i tę młodzieńczą werwę.
Paddy została obsypana po występie złotymi płatkami, dostała owacje na stojąco i przeprosiny całego jury. I tak oto pękły drobne niteczki stereotypów.
Myślę, że osoby starsze są takie, jakie są, bo wmawiają sobie, że są stare, że nie mają już siły, że mogą sobie pozwolić na brak samodyscypliny etc.etc. Kto nie wie jak wygląda zrzędliwa stara baba - ręka do góry.
I teraz pytanie: kto powiedział, że dojrzały wiek odbiera połowę życiowych możliwości?
Czas zweryfikować swoje umysłowe blokady ; ).

piątek, 4 kwietnia 2014

Nie przepadłam, tak jak Egipcjanin Sinuhe!

zdjęcie jak zwykle robione kalkulatorem ; )
Hello,
do wszystkich, którzy tu czasem wpadają: nie umarłam!
Nie mam ani krztyny czasu. Komputer włączam dosłownie na chwilkę, bo nie mam siły, zdrowia, czasu, energii. NIC. Remont sieje spustoszenie, a oddanie projektów nie dodaje czasu ani energii.
Dobra, dobra. Tyle jeśli chodzi o użalanie się i usprawiedliwianie.
*   *   *

"Nie wiem co złego zrobiłeś, choć spuszczasz oczy, gdy o tym mówisz, ale jesteś młody i kiedyś o tym zapomnisz. Uczynek człowieka jest bowiem jak kamień wrzucony do wody. Pluska głośno i robi kręgi na wodzie, po chwili jednak woda jest znowu spokojna, a po kamieniu nie ma śladu. Tak jest też z pamięcią człowieka."

Dzisiaj książka o niewiele mówiącym tytule, a mianowicie "Egipcjanin Sinuhe".
Gdybym nie miała remontu, a moja doba liczyłaby 120 godzin, to przebrnęłabym pozycję za jednym razem, bez przerw na jedzenie. Oczywiście nie miałam takiej możliwości i ponad 700 stronicowy tom czytałam baaardzo długo. Jednak mimo wielokrotnych przerw nigdy nie zgubiłam wątku i łatwo było kontynuować lekturę.
Mimo to nie sposób odmówić uroku przerwom w lekturze, gdyż każdy dobry posiłek jedzony wolno, smakuje dłużej. Takoż jest i z dobrymi książkami, którymi delektować powinno się w odpowiednim tempie.
Czytając powieść często traciłam poczucie czasu, a nawet własnego ciała, bo potrafiłam ocknąć się z czytania w tak dziwnej pozycji, że żaden szanujący się kot by się jej nie powstydził.
       Aczkolwiek do rzeczy: książka autorstwa pana Miki Waltari to książka historyczna, osadzona w czasach faraonów. Głównym bohaterem jest Sinuhe, syn Kipy i Senmuta, którego życie śledzimy od narodzin(i tajemnicy z nimi związanej) aż do późnej starości.
"W rzece życia" spotyka on różnych ludzi zarówno bogatych, dostojnych i wysoko postawionych, jak i niewolników, biednych i zwykłych robotników.
Sinuhe wykonuje zawód, który może z niego uczynić człowieka bardzo bogatego i szanowanego, a co za tym idzie wpływowego, co pozwala mu na kontakty z faraonami i możnowładcami ówczesnego świata.
Poznajemy go jako małego chłopca, który poprowadzony przez mądrego i dobrego ojca staje się człowiekiem wykształconym. Nie zaznawszy w życiu kłamstwa i niesprawiedliwości w konfrontacji z nimi staje się bezsilny i zaczyna zadawać pytanie "dlaczego?". W związku z tym usilnie szuka odpowiedzi na większość egzystencjalnych pytań, zazwyczaj nie znajdując niczego, co pozwoliłoby mu ukoić niepokój serca.
        W czasie lektury nie czuje się tego, ale wystarczy oderwać na chwilę myśli od biegu akcji, by zobaczyć jak zwykłym człowiekiem jest Sinuhe. Jego postać jest uosobieniem wszystkich myśli i emocji, które mamy w sobie kiedy patrzymy na cierpienie i niesprawiedliwość, gdy chcemy się odezwać, a nie mamy odwagi. Jedno takie spostrzeżenie i świadomość bije się po twarzy, że do tej pory tego nie widziała.
       Tak naprawdę powieść skłania do refleksji, ale w bardzo subtelny i nienachalny sposób, co jest jej wielką zaletą. Jej wydźwięk ma w moim mniemaniu coś na kształt: "Hej, ludzie są tacy i tacy, jeśli będziesz miał chęć, to zrób coś ze sobą, by takim nie być", a wszystko przemycone jest w naprawdę porywającej historii o naszych przodkach.
       Z technicznego punktu widzenia, to uważam, że właśnie tak powinny być pisane podręczniki. Bez tej książki nigdy bym nie zapamiętała, że faraon Horemheb był ojcem Ramzesa, następcą Tutenchamona i faraona Aj( w książce Eje) i wiele innych faktów. Historia napisana w formie powieści to dla mnie wyjątkowo kusząca propozycja i jeszcze nie raz sięgnę po podobne tytuły.
     Książka "Egipcjanin Sinuhe", to obowiązkowa pozycja dla entuzjastów lektury nieco refleksyjnej, a przy tym porywającej jak życie.

poniedziałek, 24 marca 2014

Armagedon jest przereklamowany. Recenzja "Dobrego Omenu".

"Jeśli wybranemu losowo kaczorowi z St. James Park pokażemy zdjęcie dwóch mężczyzn, z których jeden będzie miał czarną pelisę, a drugi ciemny płaszcz i dobrany kolorystycznie szalik, kaczor natychmiast podniesie głowę i zacznie wyczekująco kłapać dziobem.(...)
Azirafal rzucił kawałek skórki w stronę najbardziej parszywego kaczora, który chwycił go w locie i natychmiast poszedł na dno jak kamień.
Anioł odwrócił się do Crowleya i mruknął:
-No, wiesz...
-Przepraszam - powiedział Crowley. - Zapomniałem się.
Kaczor wynurzył się, trzepocząc wściekle skrzydłami."

Dobry wieczór w ten chłodny wiosenny poniedziałek. Dzisiaj, zgodnie z obietnicą, recenzja.
Jest to jedna z moich ukochanych książek, do której wracam, gdy nie mam czego czytać. To pozycja, która się nie nudzi. Ale po kolei.
        Książka o uroczym tytule "Dobry Omen" autorstwa Terry'ego Pratchett'a i Neil'a Gaiman'a jest przeszło 400 stronicową opowieścią o siłach dobra i zła, armagedonie, Antychryście i jego piekielnym psie, łowcach wiedźm, wiedźmach i czterech jeźdźcach apokalipsy. Nie zabrakło także lodowych gigantów jak na twórcę Świata Dysku przystało. Oczywiście nikomu Pratchett'a nie trzeba przedstawiać, a ci, którzy go nie znają niech szybko zmienią ten stan rzeczy. Dzieł pana Gaiman'a jeszcze nie miałam okazji czytać, ale by nie stać się rasową hipokrytką szybko ten stan rzeczy zmienię :).
        Tytuł nawiązuje do słynnej serii filmów pt. "Omen" i według znawców kina jest to parodia całej serii. Nie wiem, nie widziałam żadnego z tych filmów - może kiedyś.
Głównymi bohaterami są Crowley - upadły anioł, który tak naprawdę nie chciał upaść, ale po prostu przyłączył się do niewłaściwej partii i Azirafal - nieco fajtłapowaty anioł o antykwarystycznych zapędach. Obaj zdążyli się zadomowić na świecie, będąc na nim od samego stworzenia aż po armagedon, do którego spróbują nie doprowadzić. Co gorsze - po kilku tysiącach lat wspólnego życia zaprzyjaźnili się i to dopiero gratka!
        I na tym tak naprawdę opiera cała historia, jednak to w jaki sposób Azirafal i Crowley nie doprowadzą(lub doprowadzą) do armagedonu jest mistrzowsko rozpisane z typowym dla obu autorów poczuciem humoru. Nie brakuje też absurdalnych scen, których rozum nie obejmie, a od których wszystkie ręce, jak zaklęte, opadają.
Dodatkowo powieść okraszają liczne dygresje, podnoszące poziom absurdalnego humoru do maksimum. Między innymi opis powstania obwodnicy M25, której kształt oznacza... coś(nie ma spoilerowania!). Warto też wspomnieć o scenie z kurierem, który dostarcza jednemu z jeźdźców apokalipsy przesyłkę - wystarczy wyobrazić sobie coś takiego i ręcewiadomocorobią.
         Jak dla mnie jest to pozycja idealna na zrelaksowanie się po ciężkim tygodniu. Nie wymaga od czytelnika trudnych życiowych przemyśleń, za to skłania do chichotu i mentalnego uśmiechu. Wymaga jednak uważnego śledzenia fabuły. Jeśli ktoś chce bezwiednie przeczytać książkę, niech sięgnie po coś innego. Znamiennym dowodem na to jest scena z podmianą noworodków w zakonie sióstr trajkotek, w której, żeby nadążyć za znikającymi i podmienianymi niemowlakami, trzeba się skupić.
Myślę, że fani serii "Omen" mogą mieć jeszcze lepszą zabawę przy tej książce niż ja, wychwytując sparodiowane akcenty z filmów o Antychryście.
Mój prywatny egzemplarz tej książki wygląda jak najgorszy koszmar pedanta. Kartki są przeze mnie wyświechtane, popisane ołówkiem(błędy w tłumaczeniu potrafią wkurzyć-.-), podniszczone od wielokrotnego przewracania i uderzeń opadających rąk.
Polecam wszystkimi kończynami miłośnikom książek!

Ps. Jakby kto przeczytał niech dzieli się wrażeniami :).

sobota, 8 marca 2014

Kształtowanie

Mam nową manię związaną z oglądaniem krótkich filmów na youtubie. W związku z tym naszła mnie refleksja, że przecież każde przeżycie wywiera na nas wpływ, odciska piętno - większe czy mniejsze.
Czasami to oddziaływanie jest tak wielkie, że nie widać go od razu, a trzeba się zdystansować. Wtedy też można powiedzieć "O! Jakie to miało duże znaczenie!".
Tak jest ze wszystkim, począwszy od wyboru koloru sznurówek, a na decyzjach życiowych kończąc.
Oglądając te filmiki o prostych rzeczach, o problemach, o wszystkim tym, co można uznać za ważne czy nieważne, uświadomiłam sobie, że ja to wszystko mam na co dzień. Jestem człowiekiem i nie ma emocji, której bym nie odczuła. Tak hipotetycznie mówiąc, bo oczywiście nigdy nie odczułam tego specyficznego rodzaju zaniepokojenia, które towarzyszy osobie czekającej na brukselkę w miodzie faszerowaną musztardą.
Człowiek jest jak modelina, a negatywne i pozytywne przeżycia, sukcesy i porażki są jak kule, które puszczane z różną intensywnością i częstotliwością odciskają ślady, robią wgniecenia i wypukłości, czynią nieodwracalne zmiany lub korygują niedociągnięcia.
Pośrednio z tego właśnie powodu nie ma na świecie dwóch takich samych osób.

niedziela, 2 marca 2014

Praca, praca

Czas biegnie nieubłaganie. Nastał marzec, co zwiastuje ponury okres wzmożonej nauki.
2 dni na uczelni wystarczyły, by zmusić mnie do zastanowienia się nad sensem robienia czegokolwiek poza projektami. W ogóle nad sensem czegokolwiek.

Projekt - ulubione słowo większości wykładowców. Nigdy nie jest sprecyzowane dostatecznie, by ograniczało studentów, ale nie jest też okazją do frywolnego wypisywania bzdur. Przy czym absolutnie nie da się ściągać przy tej formie zaliczenia ;).

I może nawet te projekty byłyby fajne, gdyby nie fakt, że konsultacje mamy raz w tygodniu, co przy ogromie założeń i wymagań staje się dość ciężkie do pogodzenia przy grupie wynoszącej 15-30 osób, a każdy ma jakieś wątpliwości, pytania i problemy. Potem przychodzi koniec semestru, nagle wszyscy mają dwa razy więcej wyżej wymienionych komplikacji przy projekcie, nie śpią po nocach, kleją, tną, drukują, a na koniec całość oddają w terminie. Nigdy nie zrozumiem jak to się dzieje.

Teraz przyswajam sobie obsługę 3dsMaxa, jako że studenci mają nieograniczony dostęp do oprogramowania Autodesku. Wspomagam się podręcznikiem jakiejś pani doktor z jakiejś politechniki i im głębiej w wiedzę, tym zawilej.
O ile w pierwszym rozdziale, gdzie nauką obsługi programu sięgała po opisy obsługi myszki, o tyle w każdym kolejnym rozdziale wrednie pisze, że już o tym mówiła, a jak student jest tak głupi, że nie przyswoił tej wiedzy, to niech idzie pracować na kasie w sklepie. Chyba jej o to chodzi w każdym razie (po zdaniu matury z polskiego wszystko ma dla mnie drugie dno).

I w ten sposób od kilku godzin mam włączony w tle program, o czym przypomina mi żałośnie patrząca się na mnie ikona. Jednocześnie nasuwa mi to wyobrażenie niedokończonego trójwymiarowego krzesła z siedziskiem w obrzydliwym zielonym kolorze.
Czas wracać do pracy.

czwartek, 27 lutego 2014

Syntetyczny przekrój

Dzisiaj nie będzie przemyśleń, bo nie kłębią we mnie myśli, a emocje.

'Ja'. Dwie litery, które mieszczą nieskończony potencjał, zapomniane marzenia, wyschnięte łzy i przebrzmiałe uśmiechy. Jedno słowo wyciśnięte przez usta, kształtne, całkowicie osobiste, wielokrotnie pogryzione i połknięte, czasem niespodziewanie wyplute. Skłębione lub rozciągnięte, elastyczne jak guma chociaż twarde jak stal. 'Ja' - niezmienne, wieczne.

Potem przychodzi Ona lub On. I trwa walka o prym, o to jedno jedyne pierwsze miejsce. Wątpliwości mieszają się z zachwytem, a ból z radością. Nadchodzi rozstrzygnięcie. Zmęczeni potyczką przerywają ją by zobaczyć co po sobie zostawili: 'My' czy 'Ja' i 'On/-a'.

Sekundy skraplające się miarowo w przeszłość wystukują niezmienny rytm pędzącemu życiu. Każde 'Ja' hipnotycznie podąża ku końcowi, czasem zapominając stoczyć potyczkę, w której można wygrać 'My'. Rytmiczny taniec życia niezauważalnie zmienia się w taniec śmierci, w którym owinięci zwiewną szatą przemijamy, mając na przegubach ozdobne bransolety niczym kajdany.

I czy zostanie chociaż jedna emocja świadcząca o tym, że 'Ja' było faktycznie na tej ziemi, ścierając stopami kurz z polnych dróg? Czy też może zostanie po tej ponurej farsie jedynie zaśniedziała bransoleta, zimna i bez życia od początku do końca?

wtorek, 25 lutego 2014

Życiowy cel

     
  Poruszałam już kiedyś(nie tutaj i z jakimś taki żałosnym akcentem, którego tu nie będzie) temat tego co jest twoim życiowym celem.
Jest to wzniosły moment w życiu każdego wykształconego człowieka, który z rozrzewnieniem(lub łzami żalu) wspomina moment wyboru drogi kształcenia.
        Wśród założeń informatorów edukacyjnych dotyczących umiejętności maturzysty(na rok 2007) widnieje punkt "wyznaczać cele związane z dalszym kształceniem się i zaplanować sposoby osiągania założonych celów ". Tymczasem większość moich znajomych w klasie maturalnej co poniedziałek przynosiła newsy na temat ostatniej imprezy i tego w jakiej to ciemnej d*pie są przed nadchodzącą maturą. "Nadrobić 3 lata w jeden dzień - bezcenne"- abstrakcja? Nie sądzę!
Nauczyciele są wytrenowani do przekazywania wiedzy według programu nauczania, a uczniowie są już w łonie matki programowani tak, by w okresie dojrzewania być największymi debilami, żeby w przyszłości, jako robotnicy fizyczni, dźwigali państwową gospodarkę.
Zresztą czy człowiek 16,17-letni może decydować o tym, co będzie robił przez najbliższe 50 lat swojego życia? Każdy miał w klasie kogoś, kto zawsze miał pod ręką dowcipną ripostę, jakiegoś suchara albo robił zabawne rzeczy. Ilu z takich dowcipnisiów wybrało "zabawny" kierunek kształcenia, żeby potem na imprezach mówić "stary, filologia suahilijska? To jeszcze nic! Ja studiuję przyrodoznawstwo i filozofię przyrody", a po skończeniu studiów, o ile w ogóle znajdzie pracę w zawodzie, budzi się pewnego dnia z omamienia, patrzy w lustro i "Co ja najlepszego zrobiłem?!...".
Inni z kolei wybierają to, co się opłaca: medycyna, prawo, architektura, a nie mają o tym zielonego pojęcia, zdają się jedynie na ambicje rodziców, którzy marzą o amerykańskim śnie dla swoich dzieci. 
        Ale nie ma co zwalać winy na system, bo tego, że jest beznadziejny nic nie zmieni, trzeba się po prostu nauczyć radzenia sobie z nim. Powstają setki poradników(no tak naprawdę to nie wiem czy tylko/aż tyle) na temat inwestycji w siebie, szukania własnego ja, jak pracować z przyjemnością i tak dalej. W sieci można znaleźć mądre cytaty typu "Rób to, co lubisz, a nigdy nie będziesz musiał pracować", "Musisz odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie. Co lubisz robić? A potem zacznij to robić." przykładów jest mnóstwo, ale we wszystkich chodzi o to samo. Genialne i proste! Wystarczy tylko to wprowadzić w życie. Ja na przykład zacznę już teraz: najpierw trzeba pomyśleć o tym, co się lubi robić. Hehe, bułka z masłem. ....
W zasadzie to może jednak pomyślę nad tym później. 
Niestety określenie tego, co się lubi jest najtrudniejszą rzeczą pod słońcem, bo ja mogę stwierdzić, że lubię gotować - bo lubię, ale to nie da mi pracy, a studiów kulinarnych samych w sobie nie ma, bo taką wiedzę wysysa się z mlekiem matki i pamiętnikami prababek plus trenuje się godzinami, zachlapując kuchnię, marnując składniki, ograniczając ilość nieuszkodzonego ciała i wymyślając najnowocześniejsze wulgaryzmy. 
Poza tym lubię też jeść, oglądać filmy, grać na gitarze, ale żadne z tych czynności nie jest odpowiedzią na to, co chcę robić w życiu. Lubię grać, mam nawet sprzęt estradowy, ale nie mam w najmniejszym stopniu ochoty spędzać życia na tournee, będąc niewolnikiem wytwórni muzycznych(bo zakładam, że bez tego ciężko pokryć wszystkie koszty).
Zamknięcie oczu i wniknięcie w samą siebie też wcale mi nie pomaga, bo odkrywam skrywane rzeczy, których naprawdę nie chcę widzieć i które bez powodu tam nie przebywają, a które są zbyt traumatyzujące, by pisać o nich na blogu bez ograniczeń wiekowych. Taki dygresyjny żarcik.
Nie, nie, nie. 
Byłoby idealnie gdyby ludzie dobierali zawody do swoich predyspozycji, charakteru i temperamentu. To zmniejszyłoby ilość nieszczęśliwych niewolników, a zwiększyłoby ilość produktywnych pracowników, zadowolonych z życia. I tego wszystkim życzę.
Dobranoc
Martutittu

sobota, 22 lutego 2014

Zażenowanie


Zmarznięty wróbel jest zażenowany moją postawą osoby, która nie chce, żeby ją coś bolało.
Grr, grr. Cały dzień na tabletkach przeciwbólowych - pieprzyć to.

Na dzisiaj krótkie przemyślenie: ludzie uwielbiają być omamiani, okłamywani, utwierdzani w fałszywych przekonaniach. Przykład: "zostanę twoją przyjaciółką na dobre i na złe, nigdy się nie rozstaniemy, kocham cię jak siostrę". Szybko wykruszają się słowa z takich wypowiedzi, a intencje ulegają zwietrzeniu niczym niedomknięty cynamon. Żenada, żenada.
Ale w sumie ludzie chcą tego słuchać, bo wtedy im lepiej i mają złudzenie, że nie są samotni. Ba dum tss!

Kiedyś obietnica była punktem honoru, a dzisiaj nie nie różni się niczym od zwykłego stwierdzenia.

Dobranoc.

Noc

Znowu jest 2 w nocy, a dla mojego mózgu, z jakiegoś powodu, jest to czas najwyższej aktywności. Nie wylegiwałam się do południa, nie poszłam spać wcześnie (jak zwykle), pracowałam dziś ciężko i mimo to, niezależnie czy siedzę, stoję, czy leżę spać mi się nie chce. Za to zmuszenie mnie do podniesienia się rano będzie nie lada problemem, bo oczy będą mi wmawiać, że czas na wstawanie jeszcze nie nadszedł.
Myślę, że jestem sową czy czymś takim.

W nocy znajduję ukojenie. Cisza jest najwyższym wynagrodzeniem za kolejny przeżyty dobrze dzień, a sączący się delikatny i omamiający spokój prostuje zmarszczone czoło, rozluźnia zaciśnięte pięści, gasi mentalne pragnienie.
Nie potrzebuję ukrywać swoich niedoskonałości - w nocy ich nie widać, zresztą nie ma nikogo, kto mógłby je zobaczyć. Noc kojarzy mi się z takim cichym, ciasnym gniazdkiem, z którego niewiele widać, bo jest malutkie i przyjemnie ograniczające. Ciemność aksamitnie wije się wokół ciała niczym mgła i nie pozwala ujrzeć niczego, co jest zbyt daleko, by miało jakieś znaczenie.

O tej porze nagle wpadam na niesamowite pomysły, potoki słów rozlewają się po moim umyśle i ciężko mi je czasem objąć rozumem, a co dopiero przemyśleć.

A potem rozsądek dobija się do świadomości i daje mi do zrozumienia, że przecież muszę zasnąć, by móc następnej nocy znów siedzieć sztywno przed komputerem(straszne). Więc wsuwam się w miękką pościel i czekam na ciężar snu.

Takie oczekiwanie na sen ma różne skutki cielesne(chociaż czasem występują one i bez oczekiwania). Nie umiem o tym dobrze napisać, bo nie znam tematu tak dokładnie, jednak >ARTYKUŁ< można poczytać.
Jeden z punktów w artykule brzmi "syndrom wybuchającej głowy", co po krótce można opisać jako gwałtowne wybudzenie w efekcie omamu dźwiękowego. Brzmi nieciekawie, zwłaszcza jeśli ktoś obudzi się w środku nocy, bo "usłyszał" huk pistoletu.
Bardzo często mi się to zdarza, jednak zamiast nieprzyjemnych dźwięków wybuchów, słyszę coraz głośniejszą muzykę. Najczęściej jest to orkiestra symfoniczna podgłaśniana przez mój mózg stopniowo do poziomu, który mnie wybudza. Czasami słyszę inną muzykę, ale nigdy nie jest to nieprzyjemne. Mózg jest naprawdę dziwny : ).
Chyba dobranoc :)
Martutittu

czwartek, 20 lutego 2014

Myśli, myśli...

Ostatnio jechałam z powodu moich powykrzywianych zębów aż do Dynowa, co było niesamowitą przygodą obfitą w mnóstwo, skrajnych wręcz, emocji. Towarzyszył mi Filip ze swoim niezłomnym spokojem(dopóki go nie straci ofkors). Dzięki uprzejmości PKSa mieliśmy możliwość podróżowania w stanie wysokiej kompresji przez dokładnie 72 minuty(nawiasem mówiąc nie podejrzewałam, że komunikacja publiczna może być tak punktualna).

Rozmawiać się nie dało, ale ponieważ jesteśmy ludźmi zaradnymi, to oboje mieliśmy jakiś zabijacz czasu. Filip miał książkę, którą zaraz wyjął, a ja łamigłówki logiczne, których nie wyjęłam.
Siedziałam przy oknie, więc miałam możliwość obserwowania wszystkiego, na co tylko miałam ochotę.
Początkowo napawałam się przyjemnym ciepłem słonecznym. Próbowałam sobie wyobrazić, że jest lipiec i ciepło, które odczuwam nie jest przyjemnym akcentem dnia, a nieznośnym, gęstym, oblepiającym całe ciało gorącem. Przypomniałam sobie wszystkie letnie podróże z dzieciństwa, przejazdy zdezelowanymi ostrowieckimi MKSami, z takimi samymi bordowymi siedzeniami jak w "naszym" PKSie. Chłodny podmuch na jednym z przystanków wyrwał mnie jednak z rozmyślań o lecie.
Spojrzałam przez okno w dół i zobaczyłam równe chodniki z kostki brukowej, zadbane, czyste. Linie wyznaczające kolejne rzędy kostek falowały na moich oczach. Dopóki nie skończył się chodnik próbowałam rozgryźć dlaczego wraz z ruchem autobusu, na moich oczach falował całkowicie stateczny twór.
Każde słowo wypowiedziane w myślach wysuwało "łapki" skojarzeń, którymi mogłam podążać jak małpka po lianach. Tak też z tematu bruku szybko przeskoczyłam na kolejny temat, tym razem było to związane z tym, co chciałabym robić w życiu, wywołane zapewne zajęciem brukarza(chociaż ciężko stwierdzić). Szybko przeszłam do głębszych myśli, pozwalając sobie na odtwarzanie pełnych scen i dialogów, projektowania sytuacji, które hipotetycznie mogłyby mieć miejsce. Nie zauważyłam nawet, że przejechaliśmy kawał drogi. Byłam coraz głębiej zamyślona, zaczynałam wyobrażać sobie detale sceny, aż nagle, gwałtownie wszystko się rozmyło, gdy Filip zapytał czy się nudzę :). Rozbawiło mnie to pytanie, bo jak miałam mu powiedzieć, że przez mój umysł przewinęło się mnóstwo fantastycznych myśli, które wciągnęły mnie jak intrygujący film, powodując, że przegapiłam kilkanaście kilometrów drogi, co absolutnie nie ma nic wspólnego z nudą.

Nie byłam do tej pory świadoma jak przyjemne może być zwykłe pogrążenie się w myślach. Zazwyczaj nie pozwalam sobie na to, ze względu na konieczność skupienia się na konkretnej czynności, a gdy już mam możliwość, zwyczajnie puszczam radio albo muzykę, a z kolei wieczorne rozmyślania tuż przed snem często są ponure i przygnębiające. Być może dlatego zazwyczaj odpędzam chęć rozmyślania, a nie warto ; ).
Marta

Instynkty

  Walcząc z miażdżącym bólem głowy, zastanawiałam się o czym napisać. Ochota do pisania jest i była, o dziwo, ale temat jakoś nie mógł nabrać wyrazu, ale, ale! Nabrał.
Otóż pomyślałam sobie, że człowiek jest zwierzęciem, który nie ma praktycznie żadnych instynktów, a jego mózg nie radzi sobie z pełnym rozwinięciem funkcji motorycznych(chociaż nie tylko tych) w okresie płodowym. Może temat mózgu zostawię na kiedy indziej, bo jest to zbyt obszerny dział, a do lekarza mi dalej niż do baletnicy. 

  Wracając do tematu, człowiek na samym początku życia czerpie wszystko, czego mu potrzeba z mleka matki i instynktownie wie, że to uczucie, które go budzi, to głód, który musi zaspokoić, bo to jest mu potrzebne do życia.
  Potem dziecko rośnie, dostaje buciki, szaliczek i kurtkę, która zasłania mu całe ciało, często razem z oczami, je to, co akurat ma w domu. Większość dzieci z jakimi się w życiu spotkałam była zmuszana do jedzenia tego, czego nie lubią, jedzenia gdy nie są głodne itd.itp. A gdyby się tak zastanowić, to przecież te działania skłaniają się w efekcie do zagłuszenia pierwotnych potrzeb. 

Jednak istnieją atawizmy, których nawet nasza destrukcyjna natura nie potrafi zniszczyć. Najlepszym przykładem na to są kobiety w ciąży, które odczuwają najprzedziwniejsze zachcianki, a przecież znikąd się one nie biorą. Mózg potrafi zmagazynować informacje, których nie potrafi nazwać, nic więc w tym dziwnego, że gdy dziecku zabraknie któregoś składnika, mózg poprzez analizę wspomnień wysyła informację o tym, czego potrzeba matce. Niesamowite swoją drogą.

Z kolei koty potrafią na węch wyczuć czy potrawa jest zepsuta, czy nie i, w przeciwieństwie do człowieka, zepsutego jedzenia nie zjedzą. Zaś psy wiedzą jaką trawę zjeść, gdy czują, że potrzebują pomocy w uregulowaniu pracy żołądka.
W sumie ten ostatni przykład nie jest do końca sprzeczny z działaniami ludzi, bo przecież i my mamy ziołolecznictwo, ale potrzebujemy skrupulatnych do tego przygotowań. 

Podsumowując, człowiek paradoksalnie bardziej sobie szkodzi niż pomaga i to już od zarania dziejów, ale widocznie już tak mamy. Korzystając z okazji nadmienię, że to nie jest mój kolejny antyludzki wywód, a jedynie przemyślenie na podstawie obserwacji świata i zawartości mojej lodówki :).

Słodkich snów!
Martutittu

środa, 19 lutego 2014

Marzenia

Sprowokowanie kogoś do działania daje zawsze najlepsze efekty ;). Ze względu na sympatię do tych tekstów umieszczam je, mimo że opublikowane zostały około 2 lat temu. Zniknęły jednak z sieci ze względu na moje dość pokręcone podejście do życia. Publikuję oba, choć są to dwie różne historie, bo ich zestawienie może dać ciekawy obraz.

Jesteśmy dziećmi do pewnego momentu. Mamy marzenia, wyobrażenia. Marzenia z dzieciństwa mają ten smak słodyczy, zapach dziecka i klimat, którego się nie da powtórzyć. Nie wolno przenosić w czasy dzisiejsze starych marzeń, bo one nie są tymi, które pamiętamy. Wtedy były idealne, dopracowane, perfekcyjne w każdym szczególe - dzisiaj to tylko źle dobrane słowa i przedmioty zupełnie bezwartościowe.

Za to wspomnienie tych marzeń to nadal czysta magia, odrobina szczęśliwości i świata, którego nikt nigdy nie zazna poza nami samymi. Czy warto to niszczyć?

Ale czy tylko to? Czy tylko marzenia z dzieciństwa powinno się zostawiać tam, gdzie były? Nie. Nie tylko.

Każdy etap życia to inna świadomość, inny moment w rzece. Marzenia dziewczyny, chociaż już nie dziewczynki, to zbiór innych elementów. Gdy po pewnym czasie do dziewczyny wracają marzenia sprzed lat i spełniają się, okazuje się, że to nie marzenia, a jeden wielki koszmar, z którego czas się obudzić.

Marzy wtedy, by zadzwonił budzik lata wcześniej i wyświetlił cucącą wiadomość "nie chcesz tego!". Nagle wszystko, co wydawało jej się ważne sypie się i traci wartość. To, w co wierzyła okazuje się być naiwnością graniczącą z głupotą, a jej wiek nagle staje się sekundami życia, niczym ważnym.

I chce zniknąć. I myśli, tak strasznie mocno myśli, zastanawia się: kim była, że tego chciała? kim była, że to wydawało się atrakcyjne?

Taka dziewczyna staje się wtedy dorosłą kobietą, która dostaje pod choinkę wymarzoną wiele lat temu lalkę. Stoi, nie wie co powiedzieć. Jej marzenie staje się materialnym koszmarem. Lecz jest to tylko materialne, a co, kiedy koszmar dzieje się w jej głowie?




Czasami zadajemy sobie pytanie "ile razy byłem bliski utraty czegoś ważnego/śmierci/popełnienia życiowego błędu?". Ja też o tym myślę. Kiedy się zastanawiam ile wygrałam, a ile mogłam przegrać , to dochodzę do wniosku, że jestem cholernym farciarzem. Los podsunął mi najpiękniejsze brylanty, a ja nieświadoma ich wartości sklasyfikowałam je jako kolorowe szkiełka, wysyłając je w odległe miejsca, bez teoretycznego powrotu. Aczkolwiek późniejsze wydarzenia nauczyły mnie pokory i teraz wiem, że chociażby to były szkiełka, to byłyby na tyle wyjątowe, że zatrzymanie ich byłoby sprawą priorytetową.  Nie wynika to, bynajmniej, z faktu, że poznałam prawdziwą wartość  szkiełek. Staram się raczej podkreślić fakt, że ocenianie pokrywki nie daje realnego wyobrażenia o obiedzie.


Dobra, następnym razem dodam coś nowszego ; ).

niedziela, 16 lutego 2014

Zmiany

Hello,
szykują się zmiany w moim.... nie wiem jak to ująć, żeby nie pisać "życie". He, chyba nie da się inaczej.
Koniec z obwieszczaniem światu jaka jestem nieszczęśliwa, bo to nikogo już nie interesuje.
Teraz biorę się w garść i wprowadzam sobie parę zmian. Fin ;).

Planuję między innymi powrócić do klasycznego blogowania czyli w tym przypadku (jedynym w swoim rodzaju;) ) do blogspota, a także przygotowuję mój pokój na remont oraz(efektowna pauza na sprawdzenie czy istnieje słowo "renowuję" po czym wybieram bezpieczniejszą formę) odświeżam stół kuchenny.

Niestety co do stołu, to nie mogę się pochwalić postępami ze względu na to, iż nie sfotografowałam jak wyglądał stół przed rozpoczęciem prac. Na razie potraktowałam go szlifierką kątową z papierem ściernym grubości 60, wydobywając tym samym spod brzydkiego, burego, zniszczonego lakieru jasne, ładne, dobrze zachowane drewno. Jutro(a może już dziś raczej?) kolejny etap prac nad stołem.
Mam nadzieję, że tym razem nie będę wyglądała jak mieszkaniec tartaku.

Słodkich snów : )
Martutittu