| źródło: http://pro-beton.pl/o-nas.html |
Jak wiadomo (bo ciągle na to narzekam) nie mam zupełnie wolnego czasu, toteż święta u rodziny spędziłam z laptopem, kartkami, ołówkami i wszelakim złem związanym z projektowaniem.
Zresztą z powodu tego ciągłego deficytu czasu mam już uraz psychiczny, który powoduje, że na samą myśl o marnowaniu czasu dostaję mdłości. Dlatego też 2,5 godziny podróży do rodziny umiliłam sobie (zarówno w jedną, jak i drugą stronę) seansem filmowym, jako że i tak brałam komputer. W jedną stronę wybrałam film, który raczej pozostawił we mnie nutę zniesmaczenia poziomem, jaki sobą reprezentował, toteż jako autor tego bloga nie rzucę nawet widma jego tytułu.
W drugą zaś stronę postanowiłam obejrzeć coś z mojego ukochanego francuskiego kina. Pomna rekomendacji danej mi przez mojego ulubionego filmowca, włączyłam Miłość na Żądanie.
Trwa jedynie 1,5 godziny, a magia wciąga od początku do końca.
Tytuł francuski "Jeux d'enfants", oznacza 'Zabawa dzieci', angielski "Kochaj mnie jeśli się odważysz", zaś polski "Miłość na Żądanie".
Mogłoby się wydawać(jak i mi się wydawało przez pierwsze minuty filmu), że polski tytuł jak zwykle jest nietrafny, ale nie! Mimo, iż słowo 'żądanie' wywiera raczej negatywne skojarzenia, odwrotnie do 'miłości', to ich zestawienie sprawia, że należy się zastanowić, które z nich jest bardziej negatywne (czy też pozytywne?). Mam wrażenie, że miłość w tym filmie jest ciężka, przytłaczająca i skłania raczej do zastanowienia się czy chcielibyśmy coś takiego przeżyć, a z drugiej strony zmusza do natychmiastowego wykrzyknienia "kupuję!".
Chętnie opowiedziałabym wszystko co wiem na temat filmu, ale wtedy nie mogłabym nikogo zachęcić, bo kto kupuje przetrawiony tort? (Retoryka i porównanie subtelne jak zawsze).
To może coś, o czym na pewno mogę powiedzieć. Otóż akcja dzieje się w miejscu gdzie wszyscy mówią po francusku i to raczej wszystko, co mówi fabuła, bo tak naprawdę nie jest zupełnie ważne gdzie to się odgrywa. Liczą się tylko główni bohaterowie - Sophie i Julien - których przyjaźń ma aspekt absolutnie priorytetowy i zupełnie nic nie może jej zdominować.
Przyjemnym akcentem w filmie jest pochodzenie głównej bohaterki, gdyż Sophie Kowalski jest Polką i to mile łechce polskiego odbiorcę, zwłaszcza że jest to postać wyjątkowa.
Wielu z tych, którzy obejrzeli film, zarzuca mu chaos i bycie niezrozumiałym, przerysowanym, przesadzonym w ilości domysłów i metafor. Moim zdaniem takie jest życie - pełne chaosu. Każdy ma problemy, dylematy, musi podjąć trudne decyzje, a ze wszystkich tych elementów wyciąga się(lub nie) przesłania i nauki. Tak samo w tym filmie - zarówno z ogółu wydarzeń, jak i z każdego ważniejszego momentu płynie subtelna metafora, którą można wyciągnąć... lub nie (jak w życiu!).
Francuzi i tym razem nie zawiedli mnie w moich oczekiwaniach. Film tłucze się po mojej głowie i co chwilę uświadamia mi, że być może trzeba iść najkrótszą drogą, żeby nie popełnić zbyt wielu błędów, które mogą być brzemienne w skutkach. Z filmu wyciągnęłam dość syntetyczne podsumowanie, ale chyba trafne. Mianowicie w życiu trzeba robić to, czego się jest absolutnie pewnym, bo w końcu i tak do tego dojdziemy, pchani wewnętrzną siłą, która przy zbyt długiej drodze ma skutki uboczne w postaci błędów, których potem się żałuje. Więc zamiast wydłużać drogę - skracajmy, bo tragedie w życiu są jak najbardziej odradzane.
Miłego dnia!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz