piątek, 25 kwietnia 2014

Zabetonowani czyli Love Me If You Dare

źródło: http://pro-beton.pl/o-nas.html
Hello, mam przerwę w zajęciach i ogromny francuski magnes w głowie, więc podzielę się tym w sieci. Jak zawsze. Czuję, że z tego bloga robi się moja myślodsiewnia, w której jest wszystko i nic. Miszmasz.

Jak wiadomo  (bo ciągle na to narzekam) nie mam zupełnie wolnego czasu, toteż święta u rodziny spędziłam z laptopem, kartkami, ołówkami i wszelakim złem związanym z projektowaniem.
Zresztą z powodu tego ciągłego deficytu czasu mam już uraz psychiczny, który powoduje, że na samą myśl o marnowaniu czasu dostaję mdłości. Dlatego też 2,5 godziny podróży do rodziny umiliłam sobie (zarówno w jedną, jak i drugą stronę) seansem filmowym, jako że i tak brałam komputer. W jedną stronę wybrałam film, który raczej pozostawił we mnie nutę zniesmaczenia poziomem, jaki sobą reprezentował, toteż jako autor tego bloga nie rzucę nawet widma jego tytułu.
W drugą zaś stronę postanowiłam obejrzeć coś z mojego ukochanego francuskiego kina. Pomna rekomendacji danej mi przez mojego ulubionego filmowca, włączyłam Miłość na Żądanie.
Trwa jedynie 1,5 godziny, a magia wciąga od początku do końca.
Tytuł francuski "Jeux d'enfants", oznacza 'Zabawa dzieci', angielski "Kochaj mnie jeśli się odważysz", zaś polski "Miłość na Żądanie".
Mogłoby się wydawać(jak i mi się wydawało przez pierwsze minuty filmu), że polski tytuł jak zwykle jest nietrafny, ale nie! Mimo, iż słowo 'żądanie' wywiera raczej negatywne skojarzenia, odwrotnie do 'miłości', to ich zestawienie sprawia, że należy się zastanowić, które z nich jest bardziej negatywne (czy też pozytywne?). Mam wrażenie, że miłość w tym filmie jest ciężka, przytłaczająca i skłania raczej do zastanowienia się czy chcielibyśmy coś takiego przeżyć, a z drugiej strony zmusza do natychmiastowego wykrzyknienia "kupuję!".
Chętnie opowiedziałabym wszystko co wiem na temat filmu, ale wtedy nie mogłabym nikogo zachęcić, bo kto kupuje przetrawiony tort? (Retoryka i porównanie subtelne jak zawsze).

To może coś, o czym na pewno mogę powiedzieć. Otóż akcja dzieje się w miejscu gdzie wszyscy mówią po francusku i to raczej wszystko, co mówi fabuła, bo tak naprawdę nie jest zupełnie ważne gdzie to się odgrywa. Liczą się tylko główni bohaterowie - Sophie i Julien - których przyjaźń ma aspekt absolutnie priorytetowy i zupełnie nic nie może jej zdominować.
Przyjemnym akcentem w filmie jest pochodzenie głównej bohaterki, gdyż Sophie Kowalski jest Polką i to mile łechce polskiego odbiorcę, zwłaszcza że jest to postać wyjątkowa.

Wielu z tych, którzy obejrzeli film, zarzuca mu chaos i bycie niezrozumiałym, przerysowanym, przesadzonym w ilości domysłów i metafor. Moim zdaniem takie jest życie - pełne chaosu. Każdy ma problemy, dylematy, musi podjąć trudne decyzje, a ze wszystkich tych elementów wyciąga się(lub nie) przesłania i nauki. Tak samo w tym filmie - zarówno z ogółu wydarzeń, jak i z każdego ważniejszego momentu płynie subtelna metafora, którą można wyciągnąć... lub nie (jak w życiu!).

Francuzi i tym razem nie zawiedli mnie w moich oczekiwaniach. Film tłucze się po mojej głowie i co chwilę uświadamia mi, że być może trzeba iść najkrótszą drogą, żeby nie popełnić zbyt wielu błędów, które mogą być brzemienne w skutkach. Z filmu wyciągnęłam dość syntetyczne podsumowanie, ale chyba trafne. Mianowicie w życiu trzeba robić to, czego się jest absolutnie pewnym, bo w końcu i tak do tego dojdziemy, pchani wewnętrzną siłą, która przy zbyt długiej drodze ma skutki uboczne w postaci błędów, których potem się żałuje. Więc zamiast wydłużać drogę - skracajmy, bo tragedie w życiu są jak najbardziej odradzane.
Miłego dnia!

wtorek, 15 kwietnia 2014

W duchu siła

Tak długo nie wiedziałam o czym pisać, czym się zająć. Za dużo złego widzę i doświadczam, więc szkoda jeszcze o tym pisać dodatkowo. Stąd zastój i całkowity brak wpisów.
A tu dzisiaj natknęłam się na filmik z brytyjskiego "Mam Talent". Krótkie 6-minutowe nagranie, z czego jedynie 3 minuty to występ. Bohaterką filmiku była, kończąca w tym roku 80 lat, Paddy wraz ze swoim partnerem Nico. Partnerem... tanecznym!
Kobieta weszła w stroju stricte tanecznym, z frędzelkami, błyskotkami, w tanecznych butach na obcasie, z berecikiem na głowie, co w połączeniu z jej dojrzałą twarzą i siwymi krótkimi loczkami stanowiło komiczny kontrast. Stała dumna, wyprostowana, odpowiadała na złośliwe pytania jury z godnością, cierpliwie zniosła śmiechy publiczności. Z lekceważeniem poproszono ją by zaczęła swój występ.
Po pierwszych taktach wyjątkowo nieporywającej muzyki i nie do końca ciekawych kroków muzyka zmieniła się na żywiołową, a Paddy... Cóż, ona nagle zaczęła kręcić piruety, wykonywać tak karkołomne tricki i figury, że niejedna tancerka mogłaby jej co najwyżej pozazdrościć. Przyprawiała mnie cały czas o dreszcze niepokoju i gargantuicznego niedowierzania.
Sama chodziłam do klasy taneczno-akrobatycznej dawno dawno temu i wiem jak trudne są niektóre figury, ile potrzebują ćwiczeń i zaangażowania oraz jak często kończą się bolesnymi nadwyrężeniami i urazami.
Ta kobieta ma w sobie tyle życia i energii, że spokojnie mogłaby żyć kolejnych 80 lat i nie sądzę by w jakikolwiek sposób wpłynęło to na jej samopoczucie i tę młodzieńczą werwę.
Paddy została obsypana po występie złotymi płatkami, dostała owacje na stojąco i przeprosiny całego jury. I tak oto pękły drobne niteczki stereotypów.
Myślę, że osoby starsze są takie, jakie są, bo wmawiają sobie, że są stare, że nie mają już siły, że mogą sobie pozwolić na brak samodyscypliny etc.etc. Kto nie wie jak wygląda zrzędliwa stara baba - ręka do góry.
I teraz pytanie: kto powiedział, że dojrzały wiek odbiera połowę życiowych możliwości?
Czas zweryfikować swoje umysłowe blokady ; ).

piątek, 4 kwietnia 2014

Nie przepadłam, tak jak Egipcjanin Sinuhe!

zdjęcie jak zwykle robione kalkulatorem ; )
Hello,
do wszystkich, którzy tu czasem wpadają: nie umarłam!
Nie mam ani krztyny czasu. Komputer włączam dosłownie na chwilkę, bo nie mam siły, zdrowia, czasu, energii. NIC. Remont sieje spustoszenie, a oddanie projektów nie dodaje czasu ani energii.
Dobra, dobra. Tyle jeśli chodzi o użalanie się i usprawiedliwianie.
*   *   *

"Nie wiem co złego zrobiłeś, choć spuszczasz oczy, gdy o tym mówisz, ale jesteś młody i kiedyś o tym zapomnisz. Uczynek człowieka jest bowiem jak kamień wrzucony do wody. Pluska głośno i robi kręgi na wodzie, po chwili jednak woda jest znowu spokojna, a po kamieniu nie ma śladu. Tak jest też z pamięcią człowieka."

Dzisiaj książka o niewiele mówiącym tytule, a mianowicie "Egipcjanin Sinuhe".
Gdybym nie miała remontu, a moja doba liczyłaby 120 godzin, to przebrnęłabym pozycję za jednym razem, bez przerw na jedzenie. Oczywiście nie miałam takiej możliwości i ponad 700 stronicowy tom czytałam baaardzo długo. Jednak mimo wielokrotnych przerw nigdy nie zgubiłam wątku i łatwo było kontynuować lekturę.
Mimo to nie sposób odmówić uroku przerwom w lekturze, gdyż każdy dobry posiłek jedzony wolno, smakuje dłużej. Takoż jest i z dobrymi książkami, którymi delektować powinno się w odpowiednim tempie.
Czytając powieść często traciłam poczucie czasu, a nawet własnego ciała, bo potrafiłam ocknąć się z czytania w tak dziwnej pozycji, że żaden szanujący się kot by się jej nie powstydził.
       Aczkolwiek do rzeczy: książka autorstwa pana Miki Waltari to książka historyczna, osadzona w czasach faraonów. Głównym bohaterem jest Sinuhe, syn Kipy i Senmuta, którego życie śledzimy od narodzin(i tajemnicy z nimi związanej) aż do późnej starości.
"W rzece życia" spotyka on różnych ludzi zarówno bogatych, dostojnych i wysoko postawionych, jak i niewolników, biednych i zwykłych robotników.
Sinuhe wykonuje zawód, który może z niego uczynić człowieka bardzo bogatego i szanowanego, a co za tym idzie wpływowego, co pozwala mu na kontakty z faraonami i możnowładcami ówczesnego świata.
Poznajemy go jako małego chłopca, który poprowadzony przez mądrego i dobrego ojca staje się człowiekiem wykształconym. Nie zaznawszy w życiu kłamstwa i niesprawiedliwości w konfrontacji z nimi staje się bezsilny i zaczyna zadawać pytanie "dlaczego?". W związku z tym usilnie szuka odpowiedzi na większość egzystencjalnych pytań, zazwyczaj nie znajdując niczego, co pozwoliłoby mu ukoić niepokój serca.
        W czasie lektury nie czuje się tego, ale wystarczy oderwać na chwilę myśli od biegu akcji, by zobaczyć jak zwykłym człowiekiem jest Sinuhe. Jego postać jest uosobieniem wszystkich myśli i emocji, które mamy w sobie kiedy patrzymy na cierpienie i niesprawiedliwość, gdy chcemy się odezwać, a nie mamy odwagi. Jedno takie spostrzeżenie i świadomość bije się po twarzy, że do tej pory tego nie widziała.
       Tak naprawdę powieść skłania do refleksji, ale w bardzo subtelny i nienachalny sposób, co jest jej wielką zaletą. Jej wydźwięk ma w moim mniemaniu coś na kształt: "Hej, ludzie są tacy i tacy, jeśli będziesz miał chęć, to zrób coś ze sobą, by takim nie być", a wszystko przemycone jest w naprawdę porywającej historii o naszych przodkach.
       Z technicznego punktu widzenia, to uważam, że właśnie tak powinny być pisane podręczniki. Bez tej książki nigdy bym nie zapamiętała, że faraon Horemheb był ojcem Ramzesa, następcą Tutenchamona i faraona Aj( w książce Eje) i wiele innych faktów. Historia napisana w formie powieści to dla mnie wyjątkowo kusząca propozycja i jeszcze nie raz sięgnę po podobne tytuły.
     Książka "Egipcjanin Sinuhe", to obowiązkowa pozycja dla entuzjastów lektury nieco refleksyjnej, a przy tym porywającej jak życie.