czwartek, 27 lutego 2014

Syntetyczny przekrój

Dzisiaj nie będzie przemyśleń, bo nie kłębią we mnie myśli, a emocje.

'Ja'. Dwie litery, które mieszczą nieskończony potencjał, zapomniane marzenia, wyschnięte łzy i przebrzmiałe uśmiechy. Jedno słowo wyciśnięte przez usta, kształtne, całkowicie osobiste, wielokrotnie pogryzione i połknięte, czasem niespodziewanie wyplute. Skłębione lub rozciągnięte, elastyczne jak guma chociaż twarde jak stal. 'Ja' - niezmienne, wieczne.

Potem przychodzi Ona lub On. I trwa walka o prym, o to jedno jedyne pierwsze miejsce. Wątpliwości mieszają się z zachwytem, a ból z radością. Nadchodzi rozstrzygnięcie. Zmęczeni potyczką przerywają ją by zobaczyć co po sobie zostawili: 'My' czy 'Ja' i 'On/-a'.

Sekundy skraplające się miarowo w przeszłość wystukują niezmienny rytm pędzącemu życiu. Każde 'Ja' hipnotycznie podąża ku końcowi, czasem zapominając stoczyć potyczkę, w której można wygrać 'My'. Rytmiczny taniec życia niezauważalnie zmienia się w taniec śmierci, w którym owinięci zwiewną szatą przemijamy, mając na przegubach ozdobne bransolety niczym kajdany.

I czy zostanie chociaż jedna emocja świadcząca o tym, że 'Ja' było faktycznie na tej ziemi, ścierając stopami kurz z polnych dróg? Czy też może zostanie po tej ponurej farsie jedynie zaśniedziała bransoleta, zimna i bez życia od początku do końca?

wtorek, 25 lutego 2014

Życiowy cel

     
  Poruszałam już kiedyś(nie tutaj i z jakimś taki żałosnym akcentem, którego tu nie będzie) temat tego co jest twoim życiowym celem.
Jest to wzniosły moment w życiu każdego wykształconego człowieka, który z rozrzewnieniem(lub łzami żalu) wspomina moment wyboru drogi kształcenia.
        Wśród założeń informatorów edukacyjnych dotyczących umiejętności maturzysty(na rok 2007) widnieje punkt "wyznaczać cele związane z dalszym kształceniem się i zaplanować sposoby osiągania założonych celów ". Tymczasem większość moich znajomych w klasie maturalnej co poniedziałek przynosiła newsy na temat ostatniej imprezy i tego w jakiej to ciemnej d*pie są przed nadchodzącą maturą. "Nadrobić 3 lata w jeden dzień - bezcenne"- abstrakcja? Nie sądzę!
Nauczyciele są wytrenowani do przekazywania wiedzy według programu nauczania, a uczniowie są już w łonie matki programowani tak, by w okresie dojrzewania być największymi debilami, żeby w przyszłości, jako robotnicy fizyczni, dźwigali państwową gospodarkę.
Zresztą czy człowiek 16,17-letni może decydować o tym, co będzie robił przez najbliższe 50 lat swojego życia? Każdy miał w klasie kogoś, kto zawsze miał pod ręką dowcipną ripostę, jakiegoś suchara albo robił zabawne rzeczy. Ilu z takich dowcipnisiów wybrało "zabawny" kierunek kształcenia, żeby potem na imprezach mówić "stary, filologia suahilijska? To jeszcze nic! Ja studiuję przyrodoznawstwo i filozofię przyrody", a po skończeniu studiów, o ile w ogóle znajdzie pracę w zawodzie, budzi się pewnego dnia z omamienia, patrzy w lustro i "Co ja najlepszego zrobiłem?!...".
Inni z kolei wybierają to, co się opłaca: medycyna, prawo, architektura, a nie mają o tym zielonego pojęcia, zdają się jedynie na ambicje rodziców, którzy marzą o amerykańskim śnie dla swoich dzieci. 
        Ale nie ma co zwalać winy na system, bo tego, że jest beznadziejny nic nie zmieni, trzeba się po prostu nauczyć radzenia sobie z nim. Powstają setki poradników(no tak naprawdę to nie wiem czy tylko/aż tyle) na temat inwestycji w siebie, szukania własnego ja, jak pracować z przyjemnością i tak dalej. W sieci można znaleźć mądre cytaty typu "Rób to, co lubisz, a nigdy nie będziesz musiał pracować", "Musisz odpowiedzieć sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie. Co lubisz robić? A potem zacznij to robić." przykładów jest mnóstwo, ale we wszystkich chodzi o to samo. Genialne i proste! Wystarczy tylko to wprowadzić w życie. Ja na przykład zacznę już teraz: najpierw trzeba pomyśleć o tym, co się lubi robić. Hehe, bułka z masłem. ....
W zasadzie to może jednak pomyślę nad tym później. 
Niestety określenie tego, co się lubi jest najtrudniejszą rzeczą pod słońcem, bo ja mogę stwierdzić, że lubię gotować - bo lubię, ale to nie da mi pracy, a studiów kulinarnych samych w sobie nie ma, bo taką wiedzę wysysa się z mlekiem matki i pamiętnikami prababek plus trenuje się godzinami, zachlapując kuchnię, marnując składniki, ograniczając ilość nieuszkodzonego ciała i wymyślając najnowocześniejsze wulgaryzmy. 
Poza tym lubię też jeść, oglądać filmy, grać na gitarze, ale żadne z tych czynności nie jest odpowiedzią na to, co chcę robić w życiu. Lubię grać, mam nawet sprzęt estradowy, ale nie mam w najmniejszym stopniu ochoty spędzać życia na tournee, będąc niewolnikiem wytwórni muzycznych(bo zakładam, że bez tego ciężko pokryć wszystkie koszty).
Zamknięcie oczu i wniknięcie w samą siebie też wcale mi nie pomaga, bo odkrywam skrywane rzeczy, których naprawdę nie chcę widzieć i które bez powodu tam nie przebywają, a które są zbyt traumatyzujące, by pisać o nich na blogu bez ograniczeń wiekowych. Taki dygresyjny żarcik.
Nie, nie, nie. 
Byłoby idealnie gdyby ludzie dobierali zawody do swoich predyspozycji, charakteru i temperamentu. To zmniejszyłoby ilość nieszczęśliwych niewolników, a zwiększyłoby ilość produktywnych pracowników, zadowolonych z życia. I tego wszystkim życzę.
Dobranoc
Martutittu

sobota, 22 lutego 2014

Zażenowanie


Zmarznięty wróbel jest zażenowany moją postawą osoby, która nie chce, żeby ją coś bolało.
Grr, grr. Cały dzień na tabletkach przeciwbólowych - pieprzyć to.

Na dzisiaj krótkie przemyślenie: ludzie uwielbiają być omamiani, okłamywani, utwierdzani w fałszywych przekonaniach. Przykład: "zostanę twoją przyjaciółką na dobre i na złe, nigdy się nie rozstaniemy, kocham cię jak siostrę". Szybko wykruszają się słowa z takich wypowiedzi, a intencje ulegają zwietrzeniu niczym niedomknięty cynamon. Żenada, żenada.
Ale w sumie ludzie chcą tego słuchać, bo wtedy im lepiej i mają złudzenie, że nie są samotni. Ba dum tss!

Kiedyś obietnica była punktem honoru, a dzisiaj nie nie różni się niczym od zwykłego stwierdzenia.

Dobranoc.

Noc

Znowu jest 2 w nocy, a dla mojego mózgu, z jakiegoś powodu, jest to czas najwyższej aktywności. Nie wylegiwałam się do południa, nie poszłam spać wcześnie (jak zwykle), pracowałam dziś ciężko i mimo to, niezależnie czy siedzę, stoję, czy leżę spać mi się nie chce. Za to zmuszenie mnie do podniesienia się rano będzie nie lada problemem, bo oczy będą mi wmawiać, że czas na wstawanie jeszcze nie nadszedł.
Myślę, że jestem sową czy czymś takim.

W nocy znajduję ukojenie. Cisza jest najwyższym wynagrodzeniem za kolejny przeżyty dobrze dzień, a sączący się delikatny i omamiający spokój prostuje zmarszczone czoło, rozluźnia zaciśnięte pięści, gasi mentalne pragnienie.
Nie potrzebuję ukrywać swoich niedoskonałości - w nocy ich nie widać, zresztą nie ma nikogo, kto mógłby je zobaczyć. Noc kojarzy mi się z takim cichym, ciasnym gniazdkiem, z którego niewiele widać, bo jest malutkie i przyjemnie ograniczające. Ciemność aksamitnie wije się wokół ciała niczym mgła i nie pozwala ujrzeć niczego, co jest zbyt daleko, by miało jakieś znaczenie.

O tej porze nagle wpadam na niesamowite pomysły, potoki słów rozlewają się po moim umyśle i ciężko mi je czasem objąć rozumem, a co dopiero przemyśleć.

A potem rozsądek dobija się do świadomości i daje mi do zrozumienia, że przecież muszę zasnąć, by móc następnej nocy znów siedzieć sztywno przed komputerem(straszne). Więc wsuwam się w miękką pościel i czekam na ciężar snu.

Takie oczekiwanie na sen ma różne skutki cielesne(chociaż czasem występują one i bez oczekiwania). Nie umiem o tym dobrze napisać, bo nie znam tematu tak dokładnie, jednak >ARTYKUŁ< można poczytać.
Jeden z punktów w artykule brzmi "syndrom wybuchającej głowy", co po krótce można opisać jako gwałtowne wybudzenie w efekcie omamu dźwiękowego. Brzmi nieciekawie, zwłaszcza jeśli ktoś obudzi się w środku nocy, bo "usłyszał" huk pistoletu.
Bardzo często mi się to zdarza, jednak zamiast nieprzyjemnych dźwięków wybuchów, słyszę coraz głośniejszą muzykę. Najczęściej jest to orkiestra symfoniczna podgłaśniana przez mój mózg stopniowo do poziomu, który mnie wybudza. Czasami słyszę inną muzykę, ale nigdy nie jest to nieprzyjemne. Mózg jest naprawdę dziwny : ).
Chyba dobranoc :)
Martutittu

czwartek, 20 lutego 2014

Myśli, myśli...

Ostatnio jechałam z powodu moich powykrzywianych zębów aż do Dynowa, co było niesamowitą przygodą obfitą w mnóstwo, skrajnych wręcz, emocji. Towarzyszył mi Filip ze swoim niezłomnym spokojem(dopóki go nie straci ofkors). Dzięki uprzejmości PKSa mieliśmy możliwość podróżowania w stanie wysokiej kompresji przez dokładnie 72 minuty(nawiasem mówiąc nie podejrzewałam, że komunikacja publiczna może być tak punktualna).

Rozmawiać się nie dało, ale ponieważ jesteśmy ludźmi zaradnymi, to oboje mieliśmy jakiś zabijacz czasu. Filip miał książkę, którą zaraz wyjął, a ja łamigłówki logiczne, których nie wyjęłam.
Siedziałam przy oknie, więc miałam możliwość obserwowania wszystkiego, na co tylko miałam ochotę.
Początkowo napawałam się przyjemnym ciepłem słonecznym. Próbowałam sobie wyobrazić, że jest lipiec i ciepło, które odczuwam nie jest przyjemnym akcentem dnia, a nieznośnym, gęstym, oblepiającym całe ciało gorącem. Przypomniałam sobie wszystkie letnie podróże z dzieciństwa, przejazdy zdezelowanymi ostrowieckimi MKSami, z takimi samymi bordowymi siedzeniami jak w "naszym" PKSie. Chłodny podmuch na jednym z przystanków wyrwał mnie jednak z rozmyślań o lecie.
Spojrzałam przez okno w dół i zobaczyłam równe chodniki z kostki brukowej, zadbane, czyste. Linie wyznaczające kolejne rzędy kostek falowały na moich oczach. Dopóki nie skończył się chodnik próbowałam rozgryźć dlaczego wraz z ruchem autobusu, na moich oczach falował całkowicie stateczny twór.
Każde słowo wypowiedziane w myślach wysuwało "łapki" skojarzeń, którymi mogłam podążać jak małpka po lianach. Tak też z tematu bruku szybko przeskoczyłam na kolejny temat, tym razem było to związane z tym, co chciałabym robić w życiu, wywołane zapewne zajęciem brukarza(chociaż ciężko stwierdzić). Szybko przeszłam do głębszych myśli, pozwalając sobie na odtwarzanie pełnych scen i dialogów, projektowania sytuacji, które hipotetycznie mogłyby mieć miejsce. Nie zauważyłam nawet, że przejechaliśmy kawał drogi. Byłam coraz głębiej zamyślona, zaczynałam wyobrażać sobie detale sceny, aż nagle, gwałtownie wszystko się rozmyło, gdy Filip zapytał czy się nudzę :). Rozbawiło mnie to pytanie, bo jak miałam mu powiedzieć, że przez mój umysł przewinęło się mnóstwo fantastycznych myśli, które wciągnęły mnie jak intrygujący film, powodując, że przegapiłam kilkanaście kilometrów drogi, co absolutnie nie ma nic wspólnego z nudą.

Nie byłam do tej pory świadoma jak przyjemne może być zwykłe pogrążenie się w myślach. Zazwyczaj nie pozwalam sobie na to, ze względu na konieczność skupienia się na konkretnej czynności, a gdy już mam możliwość, zwyczajnie puszczam radio albo muzykę, a z kolei wieczorne rozmyślania tuż przed snem często są ponure i przygnębiające. Być może dlatego zazwyczaj odpędzam chęć rozmyślania, a nie warto ; ).
Marta

Instynkty

  Walcząc z miażdżącym bólem głowy, zastanawiałam się o czym napisać. Ochota do pisania jest i była, o dziwo, ale temat jakoś nie mógł nabrać wyrazu, ale, ale! Nabrał.
Otóż pomyślałam sobie, że człowiek jest zwierzęciem, który nie ma praktycznie żadnych instynktów, a jego mózg nie radzi sobie z pełnym rozwinięciem funkcji motorycznych(chociaż nie tylko tych) w okresie płodowym. Może temat mózgu zostawię na kiedy indziej, bo jest to zbyt obszerny dział, a do lekarza mi dalej niż do baletnicy. 

  Wracając do tematu, człowiek na samym początku życia czerpie wszystko, czego mu potrzeba z mleka matki i instynktownie wie, że to uczucie, które go budzi, to głód, który musi zaspokoić, bo to jest mu potrzebne do życia.
  Potem dziecko rośnie, dostaje buciki, szaliczek i kurtkę, która zasłania mu całe ciało, często razem z oczami, je to, co akurat ma w domu. Większość dzieci z jakimi się w życiu spotkałam była zmuszana do jedzenia tego, czego nie lubią, jedzenia gdy nie są głodne itd.itp. A gdyby się tak zastanowić, to przecież te działania skłaniają się w efekcie do zagłuszenia pierwotnych potrzeb. 

Jednak istnieją atawizmy, których nawet nasza destrukcyjna natura nie potrafi zniszczyć. Najlepszym przykładem na to są kobiety w ciąży, które odczuwają najprzedziwniejsze zachcianki, a przecież znikąd się one nie biorą. Mózg potrafi zmagazynować informacje, których nie potrafi nazwać, nic więc w tym dziwnego, że gdy dziecku zabraknie któregoś składnika, mózg poprzez analizę wspomnień wysyła informację o tym, czego potrzeba matce. Niesamowite swoją drogą.

Z kolei koty potrafią na węch wyczuć czy potrawa jest zepsuta, czy nie i, w przeciwieństwie do człowieka, zepsutego jedzenia nie zjedzą. Zaś psy wiedzą jaką trawę zjeść, gdy czują, że potrzebują pomocy w uregulowaniu pracy żołądka.
W sumie ten ostatni przykład nie jest do końca sprzeczny z działaniami ludzi, bo przecież i my mamy ziołolecznictwo, ale potrzebujemy skrupulatnych do tego przygotowań. 

Podsumowując, człowiek paradoksalnie bardziej sobie szkodzi niż pomaga i to już od zarania dziejów, ale widocznie już tak mamy. Korzystając z okazji nadmienię, że to nie jest mój kolejny antyludzki wywód, a jedynie przemyślenie na podstawie obserwacji świata i zawartości mojej lodówki :).

Słodkich snów!
Martutittu

środa, 19 lutego 2014

Marzenia

Sprowokowanie kogoś do działania daje zawsze najlepsze efekty ;). Ze względu na sympatię do tych tekstów umieszczam je, mimo że opublikowane zostały około 2 lat temu. Zniknęły jednak z sieci ze względu na moje dość pokręcone podejście do życia. Publikuję oba, choć są to dwie różne historie, bo ich zestawienie może dać ciekawy obraz.

Jesteśmy dziećmi do pewnego momentu. Mamy marzenia, wyobrażenia. Marzenia z dzieciństwa mają ten smak słodyczy, zapach dziecka i klimat, którego się nie da powtórzyć. Nie wolno przenosić w czasy dzisiejsze starych marzeń, bo one nie są tymi, które pamiętamy. Wtedy były idealne, dopracowane, perfekcyjne w każdym szczególe - dzisiaj to tylko źle dobrane słowa i przedmioty zupełnie bezwartościowe.

Za to wspomnienie tych marzeń to nadal czysta magia, odrobina szczęśliwości i świata, którego nikt nigdy nie zazna poza nami samymi. Czy warto to niszczyć?

Ale czy tylko to? Czy tylko marzenia z dzieciństwa powinno się zostawiać tam, gdzie były? Nie. Nie tylko.

Każdy etap życia to inna świadomość, inny moment w rzece. Marzenia dziewczyny, chociaż już nie dziewczynki, to zbiór innych elementów. Gdy po pewnym czasie do dziewczyny wracają marzenia sprzed lat i spełniają się, okazuje się, że to nie marzenia, a jeden wielki koszmar, z którego czas się obudzić.

Marzy wtedy, by zadzwonił budzik lata wcześniej i wyświetlił cucącą wiadomość "nie chcesz tego!". Nagle wszystko, co wydawało jej się ważne sypie się i traci wartość. To, w co wierzyła okazuje się być naiwnością graniczącą z głupotą, a jej wiek nagle staje się sekundami życia, niczym ważnym.

I chce zniknąć. I myśli, tak strasznie mocno myśli, zastanawia się: kim była, że tego chciała? kim była, że to wydawało się atrakcyjne?

Taka dziewczyna staje się wtedy dorosłą kobietą, która dostaje pod choinkę wymarzoną wiele lat temu lalkę. Stoi, nie wie co powiedzieć. Jej marzenie staje się materialnym koszmarem. Lecz jest to tylko materialne, a co, kiedy koszmar dzieje się w jej głowie?




Czasami zadajemy sobie pytanie "ile razy byłem bliski utraty czegoś ważnego/śmierci/popełnienia życiowego błędu?". Ja też o tym myślę. Kiedy się zastanawiam ile wygrałam, a ile mogłam przegrać , to dochodzę do wniosku, że jestem cholernym farciarzem. Los podsunął mi najpiękniejsze brylanty, a ja nieświadoma ich wartości sklasyfikowałam je jako kolorowe szkiełka, wysyłając je w odległe miejsca, bez teoretycznego powrotu. Aczkolwiek późniejsze wydarzenia nauczyły mnie pokory i teraz wiem, że chociażby to były szkiełka, to byłyby na tyle wyjątowe, że zatrzymanie ich byłoby sprawą priorytetową.  Nie wynika to, bynajmniej, z faktu, że poznałam prawdziwą wartość  szkiełek. Staram się raczej podkreślić fakt, że ocenianie pokrywki nie daje realnego wyobrażenia o obiedzie.


Dobra, następnym razem dodam coś nowszego ; ).

niedziela, 16 lutego 2014

Zmiany

Hello,
szykują się zmiany w moim.... nie wiem jak to ująć, żeby nie pisać "życie". He, chyba nie da się inaczej.
Koniec z obwieszczaniem światu jaka jestem nieszczęśliwa, bo to nikogo już nie interesuje.
Teraz biorę się w garść i wprowadzam sobie parę zmian. Fin ;).

Planuję między innymi powrócić do klasycznego blogowania czyli w tym przypadku (jedynym w swoim rodzaju;) ) do blogspota, a także przygotowuję mój pokój na remont oraz(efektowna pauza na sprawdzenie czy istnieje słowo "renowuję" po czym wybieram bezpieczniejszą formę) odświeżam stół kuchenny.

Niestety co do stołu, to nie mogę się pochwalić postępami ze względu na to, iż nie sfotografowałam jak wyglądał stół przed rozpoczęciem prac. Na razie potraktowałam go szlifierką kątową z papierem ściernym grubości 60, wydobywając tym samym spod brzydkiego, burego, zniszczonego lakieru jasne, ładne, dobrze zachowane drewno. Jutro(a może już dziś raczej?) kolejny etap prac nad stołem.
Mam nadzieję, że tym razem nie będę wyglądała jak mieszkaniec tartaku.

Słodkich snów : )
Martutittu