Mówi się, że tempo przepływu czasu jest wartością relatywną. Nie sposób nie zgodzić się, że sekundy zdają się być dłuższe na chwilę przed podaniem wyników egzaminów i niewiarygodnie krótkie gdy spotykamy się z ukochaną osobą. Tak, to prawda, jednak jest to tylko odczucie, a tempo wykonywanych czynności w tych wypadkach jest takie samo.
A gdy popatrzeć na czas tak... ogólnie, to nagle się okazuje, że życie jest niewiarygodnie szybkie. Czym są 24 godziny, skoro trzeba je przeznaczyć na sen, naukę, ugotowanie obiadu i wcisnąć gdzieś między te czynności czas dla siebie? Codziennie uświadamiam sobie jak szybko mijają godziny, przybliżając mnie do różnych wydarzeń w zastraszającym tempie.
Napięty do granic możliwości plan tygodniowy daje mi się we znaki tym, że nagle tydzień to tylko krótki odcinek czasu na miarę godziny, miesiąc na miarę tygodnia, rok na miarę miesiąca. Ostatnie 4 miesiące spędziłam tak szybko, że nawet raz się nie nudziłam już nie mówiąc o tym, że nawet nie zauważyłam kiedy minęły.
Zresztą nie tylko ja tak mam. Technologiczny natłok na rynku powoduje chęć posiadania coraz większej ilości gadżetów, które oprócz jednorazowej opłaty pieniężnej wymagają regularnej opłaty czasowej. Marnowanie przy komputerze wielu godzin stało się czynnością nagminną do tego stopnia, że rzadkie choroby zaczęły być częste. Na przykład zespół cieśni nadgarstka - choroba, która rozwija się od długotrwałego używania myszki. Najśmieszniejsze w tej chorobie jest zapobieganie: "zaleca się zamianę myszki na tablet lub touchpad". Paranoja.
Powszechne stały się także czytniki ebooków, które ze względu na dużą pamięć i małe gabaryty można zapełnić tysiącami książek i nosić gdzie się chce. Umożliwia to wykorzystanie czasu na dojazdy pociągami i autobusami bez poczucia, że ten czas się zmarnowało (wczoraj, jeżdżąc przez 8 godzin pociągiem, przeczytałam całą książkę od początku do końca i zaczęłam następną).
Osoby, które nie mogą czytać w drodze do pracy/szkoły/gdziekolwiek, bo chodzą/prowadzą auto/jeżdżą rowerem również mogą "czytać". Wszystko dzięki audiobookom, które odtwarza pierwszy lepszy smartfon(kto go dzisiaj nie ma?).
Przykłady można dwoić i troić, a i tak nie dojdziemy nigdy końca.
Wszystko robimy szybko, najlepiej na skróty, żeby zyskać chociaż trochę czasu, co paradoksalnie napędza machinę, która przyspiesza nasze życie, więc robimy wszystko jeszcze szybciej, a czasu mamy coraz mniej.
Nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam na spacerze, a nie mogę powiedzieć, że idąc na uczelnię zażywam spaceru. O nie, tempo chodzenia mamy na tym poziomie, że ja, będąc osobą młodą mam problem ze stawami kolan. Przypadek?
W zeszłym roku całe wakacje pracowałam, żeby zarobić na nowy komputer, który jest szybszy. W związku z tym jestem na nim w stanie zrobić więcej i szybciej, więc robię więcej i szybciej, a czasu mam mniej. W dodatku przeznaczyłam na cieżką pracę cały wolny czas, żeby mieć go "bardziej niewystarczająco".
Podsumowując, często robimy po 2-3 rzeczy na raz, nie chcąc zmarnować ani chwili swojego życia, żeby kiedyś móc powiedzieć, że niczego nie żałujemy, a wszystko w życiu zdążyliśmy zrobić, jednak nie ma szans, żebyśmy żyjąc przez 50 lat morderczym tempem nagle potrafili usiąść spokojnie i odpocząć bez poczucia "co ja miałam zrobić?..."
Czyż życie nie jest ironią samą w sobie? :)